Nad morzem we troje

morze1.jpgPierwszy wyjazd z dzieciakami na tydzień nad morze. Co innego wyjechać we dwóch z synem, a co innego wyjechać z dwójką i to w dodatku po raz pierwszy. Ja po raz pierwszy z córką sam (A. nie dostała urlopu) przez dłużej niż jeden dzień, B. po raz pierwszy z O. dłużej niż kilka godzin. A tu cały tydzień we troje w jednym pokoju, ciągle razem i w dodatku pogoda nie zapowiadała się na plażową. Po prostu potencjalne towarzystwo konfliktowe.

Z rozmów z dzieciakami wyglądało na to, że oboje cieszą się na wspólny wyjazd, B. chyba bardzo zależało, żeby z O. pojechać. Ona go bardzo fascynuje, chyba mu imponuje taka duża „siora”. Trochę trzeba było jednak oboje nastawić przed wyjazdem, bo każde jednak ma trochę za uszami. O. lubi dłużej posiedzieć w łazience i B. miał się nie dobijać, choć i tak któregoś dnia zapytał – Co ona tam tak długo robi? B. z kolei, jak już wspominałem, ma dość niski poziom akceptacji żartów z siebie i też trzeba się trochę pilnować, więc uświadomiliśmy to O., żeby nie dokuczała mu.

Spakowani, zaopatrzeni w wałówkę, książki do czytania i oglądania wyjechaliśmy w czterogodzinną drogę samochodem, która już była sprawdzianem samym w sobie. Niestety nie wzięliśmy „komputerka B.”, czyli samochodowego odtwarzacza DVD, więc B. musiał zadowolić się pokazywaniem O. swoich książek, głównie „Kroniki Spiderwick. Przewodnik terenowy po fantastycznym świecie wokół nas.” Nawiasem mówiąc – serdecznie polecam dla chłopców, choć i O. się podobało. Jakoś dojechaliśmy z krótkimi postojami i niewielką ilością pytań „Daleko jeszcze?”.

Nad morzem pogoda nam nie dopisała, choć dwa dni poplażowaliśmy, popływaliśmy w lodowatym morzu i pobudowaliśmy piaskowe zamki. Pozostałe dni to czas spacerów w wietrze i deszczu. Dzieci dzielnie znosiły moje wyganianie ich z pokoju na plażę, zbierały kamienie z odciskami skamieniałości, co zostało sprowokowane odwiedzinami muzeum kamieni w Kamieniu Pom. Międzyzdroje to ogólnie rozczarowanie oprócz muzeum figur woskowych i molo, więc wracaliśmy z wycieczki szybko, zwłaszcza że zaczęło lać się z nieba okrutnie.

W czasie dni deszczowych więcej siedzieliśmy w pokoju i w sali bilardowej. Dali się namówić na grę w bilard, ale niestety B. jest troszkę za krótki do kija bilardowego. Potem próby gry w lotki, ale jak B. zaczyna przegrywać, to się zniechęca i nie chce więcej grać. Trzeba go trochę ponakłaniać i czasem się daje przekonać, a przecież wiadomo, że O. też chce wygrywać. Ja niekoniecznie, ale oni oboje jednak chcą wygrywać. Humor młodemu człowiekowi poprawiała zawsze gra w piłkarzyki, bo ma w szkole w świetlicy i całkiem nieźle mu idzie w przeciwieństwie do mnie, o O. nie wspomnę.

Muszę przyznać, że oprócz kilku niewielkich spięć tydzień we troje upłynął nam bardzo przyjemnie, oboje świetnie się spisali. Wyglądali naprawdę na nieźle zgrane rodzeństwo, choć przy lepszej pogodzie pewnie mniej by się nudzili. A ja praktycznie nie musiałem jakoś specjalnie wkraczać wychowawczo między nich. Oczywiście marudzenie B. przy posiłkach, świętego mogłoby wyprowadzić z równowagi, ale po kilku dniach wpadł w rytm i jadł bardzo dobrze. No i tu przestroga – nie bierzcie obiadokolacji z dziećmi. O wiele lepiej sprawdzały się trzy posiłki w stołówce, wyznaczały ładnie rytm dnia, co jednak przy dzieciach jest bardzo ważne.

Bardzo bałem się tego wyjazdu, czy sobie poradzę, czy zapanuję nad nimi nie tracąc nic w ich oczach. Muszę się przyznać, że się udało – przynajmniej z mojego punktu widzenia.