Ojciec i ojczym

Blog ojca siedmiolatka i ojczyma czternastolatki

31 sierpnia 2007

Na rozpoczęcie roku szkolnego kilka myśli

Wakacje nieuchronnie zbliżają się ku końcowi, a w nowym roku szkolnym decyzje o przyszłości naszych dzieci podejmować będzie nowy, już nie największy, minister edukacji narodowej. I co nas nowego spotka w nowym roku?

Mundurki!

Mundurki szkolneSkądinąd nie całkiem głupi pomysł, ale absolutnie nie przygotowany. Ani największy minister ani jego urzędnicy nie wiedzieli, jak wprowadzić go w życie. W szkole B. nie przypominam sobie jakichkolwiek konsultacji dotyczących kroju i fasonu mundurka, ale nie jest najgorzej - będzie to kamizelka z teksasu (czy ktoś jeszcze pamięta ten wspaniały materiał jeansopodobny z epoki PRL?) za bagatela 80 zł. I tu mnie krew zalała, gdy się o tym dowiedziałem, bo moim zdaniem potrzebne są w drugiej klasie podstawówki co najmniej 2 sztuki, bo przecież jak się dzieciak na obiedzie w poniedziałek upaprze, to do wtorku nie wyschnie po praniu, czyli będzie do piątku chodził w brudnym mundurku. Jak to na zebraniu wyartykułowałem, to mnie zakrzyczeli, że nieeee (na czele z mamą B.). Niech i tak będzie.

W szkole O. do końca roku nie było wiadomo, jak będzie wyglądał mundurek i ile będzie kosztował. Szkoła rewelacyjna. Ale to może i jest metoda. Słyszałem o szkole, w której inteligentny dyrektor przeczytał ustawę i zinterpretował ją tak, że uczniowie będą nosić tylko fragment stroju, np. tarcze szkolne. Wydatek nie 80 zł, a pewnie z 80 gr, problemu z praniem nie ma i pstryczek w nos największego ministra edukacji.

Jeśli chodzi o pranie, to w ogóle mam mieszane uczucia, bo przecież w gimnazjum młodzież dojrzewa, poci się mocno, to te mundurki nieprane będą po prostu śmierdzieć. Acha - zapomniałem. Nasz (niekoniecznie mój) były już minister zadbał o to, żeby do mundurków było dofinansowanie. Zgodnie z rozporządzeniem Rady Ministrów dofinansowanie można dostać w wysokości 50 zł. Mnie to nie dotyczy, ale wielkie dzięki i ukłony. A podobno szkolnictwo jest w Polsce bezpłatne. Ciekaw jestem, czy jest już rozporządzenie, które reguluje sankcje za nienoszenie mundurków.

Ocena z religii wliczana do średniej

ReligiaNo cóż - ten pomysł również dotknie moje dzieci bezpośrednio. Oboje mają wybór, czy chcą chodzić na lekcje religii, bo na etykę nie mogą, ponieważ szkoła nie organizuje takich lekcji. Ja nie nalegam, mogą wybrać. B. chodzi na lekcje, bo nie chce siedzieć sam w świetlicy, ale zapisany nie jest i nie chce się zapisywać. Jego wybór. O. z kolei chodziła na lekcje religii od zawsze, ale po lekcjach prowadzonych w jej obecnym gimnazjum stwierdziła, że nie będzie już chodzić. I się nie dziwię skoro na lekcjach religii oglądano głównie filmy fabularne i to bynajmniej nie mówiących np. o życiu Chrystusa, czy o historii chrześcijaństwa. Hitem było oglądanie w ramach lekcji religii filmu King Kong. Oglądali również film Constantine (thriller sklasyfikowany od 18 lat) i Pasję (od lat 15). Ten ostatni może i w temacie, ale moim zdaniem nie dla pierwszej klasy gimnazjum. Jeśli chce się puścić taki film 14-latkom, to należałoby zapytać rodziców o zdanie. Dla mnie Pasja była wstrząsająca, epatująca brutalnością zupełnie nieuzasadnioną.

Tego typu prowadzenie lekcji religii przekonuje mnie absolutnie, żeby pozostawić wolny wybór moim dzieciom. Wartości ogólnoludzkie przekażę im w domu sam, historii religii w szkole się nie nauczą, religii jak widać również. Kiedyś pytałem O. o 10 przykazań - nie umiała wymienić, grzechów głównych również, ale 6 z religii ma. I ta 6 będzie się liczyć do średniej. Inni też mają 6. Ale nic nie umieją, to o co chodzi? Skąd taka ocena?

Nieszczęściem jest to, że dzieci niechodzące na religię nie mogą też chodzić na etykę (bo jej nie ma) i w związku z tym średnią ocen będą miały niższą skoro wszyscy z religii będą mieli 6. A może nie? Może jednak ktoś kopnie w zad nauczycieli i zaczną wreszcie uczyć (i to nie tylko tych od religii).


Ten wpis pochodzi z bloga Ojciec i ojczym.
29 sierpnia 2007

Pozarażani, czyli powrót syna

Tytuł trochę żartobliwie, ale faktycznie coś się złego dzieje, jeśli chodzi o zdrowie. B. wrócił z gór i spędził u nas 2 dni. W górach nabawił się grypy jelitowej (diabli wiedzą co to jest) i oczywiście jeszcze trochę miał sensacji u nas, ale ogólnie mu przeszło, mimo że był osłabiony. Wczoraj O. się kiepsko czuła, ale jej przeszło. Dziś my z A. mamy lekko podwyższoną temperaturę i ogólnie kiepsko się czujemy.

B. bardzo zadowolony z wyjazdu. Chodził po górach i zbierał pieczątki na GOT (Górską Odznakę Turystyczną). Dobry z niego piechur i bardzo lubi spacery. A u nas świetnie się bawili z O. Oczywiście klocki Lego były na topie, bo chyba oboje to lubią. O. dawno nic nie układała i wyglądała na dość pochłoniętą. Czasem przyjemnie jest powrócić do dzieciństwa.

Najbardziej mnie ucieszyło jedno zdanie, które B. powiedział do mnie w samochodzie, gdy go z domu odebrałem i jechaliśmy do mnie. Powiedział: “Stęskniłem się za O. i A.”. Tak miło mi się zrobiło.


Ten wpis pochodzi z bloga Ojciec i ojczym.
25 sierpnia 2007

Trudny powrót z wakacji

Panta RheiO. wróciła po niemal 2 tygodniach z obozu do domu. Przykra rzeczywistość domowa najwyraźniej ją zaatakowała gwałtownie i niespodziewanie. Wakacyjna laba się kończy, a domowe obowiązki wracają. Widzę, że ciężko jej się przestawić na zwykłe tory. Utrzymywanie porządku w pokoju własnym i nie tylko, wstawianie butów do szafki, zmywanie naczyń, czy obranie ziemniaków, to sprawy którymi na obozie się nie przejmowała, a w domu niestety (dla niej) są na porządku dziennym.

A. twierdzi, że O. przez te 2 tygodnie wyrosła, że nieuchronnie staje się z dzieciątka nastolatką. Nie chodzi tylko o wygląd, ale głównie o zachowanie. Nie słychać w jej głosie radości, że mama dzwoni, lecz zaczyna mamę traktować jak marudnego i upierdliwego rodzica, który znowu czegoś od niej chce. Trudno się A. z tym pogodzić, że już nie ma słodkiej małej dziewczynki, ale trochę buntowniczą nastolatkę.

To chyba jest naturalna kolej rzeczy. Małe dzieci są z nami bardzo emocjonalnie związane, są od nas bardzo zależne, boją się świata zewnętrznego, a jak dorastają, to zaczynają ten świat poznawać same, nie potrzebują lub nie chcą naszej pomocy w poznawaniu świata. Oddalają się od nas emocjonalnie, wchodzą w etap buntu po to, żeby później łatwiej nam było się z nimi rozstać, gdy już wyfruną z gniazda. Po latach może wrócą, bo więź emocjonalna z rodzicami jednak jest, choć już na zupełnie innej płaszczyźnie. Musimy się z tymi przemianami pogodzić, ale czy jesteśmy na nie przygotowani? Jak pokierować nastolatką, żeby poznawała świat bezpiecznie i rozsądnie, żeby ten naturalny bunt nie przerodził się w odrzucenie zupełne rodziców, ich systemu wartości, żeby nasze dziecko nie zamknęło się w swoim świecie, do którego my starzy nie będziemy mieli wstępu.

Mnie to jeszcze tak emocjonalnie nie dotknęło, ale widzę, jak A. się męczy. Jako ojczym mam pod tym względem lepiej, ale jako ojca czeka mnie to samo - byle nie w gorszej wersji. A B. jednak nie wraca w sobotę, ale w niedzielę. Spotkamy się dopiero w poniedziałek. Tylko 2 razy udało mi się z nim porozmawiać przez telefon, bo byli poza zasięgiem. Był bardzo dumny ze swoich pieszych wędrówek po Tatrach, uzbierał sporo pieczątek do odznaki.


Ten wpis pochodzi z bloga Ojciec i ojczym.
21 sierpnia 2007

W co się bawimy, czyli subiektywny ranking gier i zabaw siedmiolatka cz. 1.

Trudno będzie mi uszeregować taki ranking gier i zabaw, które lubi B. i które lubię ja. Opiszę po prostu bez nadawania im priorytetów, bo te się zmieniają w zależności od nastroju i sytuacji.

Zabawy na świeżym powietrzu

B. uwielbia chodzić na spacery i bawić się w wyimaginowane postaci. Często przybierają jakieś dziwaczne kształty, na ogół są to walki z wyimaginowanymi przeciwnikami, opowiadane i pokazywane. Często są to postaci z kreskówek, olbrzymy, Gormiti. Ważne są różne siły natury, potwory lodowe, ogniste, plazmowe.

Piłka nożna - ciężka sprawa, bo B. chce stać zawsze na bramce, a ja mam strzelać. Niestety trudno mu przychodzi przegrywanie, więc bardzo się denerwuje, gdy mu strzelę bramkę. Nie za bardzo się pali do strzelania i kiwania. Nie chce się nauczyć strzelać. Woli stać na bramce, ale czasem daje się namówić na zmianę ról.

WążPoszukiwania różnych zwierząt - kiedyś wybraliśmy się do lasu na poszukiwanie węży - z aparatem fotograficznym i notatnikiem. Duża frajda - rysowaliśmy mapę terenu, która była wolna od węży, czyli bezpieczna. Na szczęście żadnych węży ani żmij nie zaobserwowaliśmy, ale zabawa świetna. Na każdym spacerze niemalże staramy się obserwować jakieś zwierzaki.

Głupi Jaś - w głupiego Jasia graliśmy z O. nad morzem. B. bardzo się to podobało. Oczywiście najlepiej, jak ja byłem głupim Jasiem. Ogólnie całkiem fajna, choć męcząca fizycznie.

Liczenie samochodów - zabawa absolutnie ratunkowa. Jak B. nie miał na nic ochoty, żadna zabawa go nie interesowała, to liczyliśmy przejeżdżające samochody, ale tylko o określonym kolorze. Znany jest wariant liczenia samochodów o określonych cyfrach na tablicy rejestracyjnej.

Gry i zabawy domowe

Żołnierzyki oczywiście to numer 1 wszelkich zabaw. Różne są wariacje żołnierzykowe. Żołnierze przeciwko dinozaurom, smokom (Plasma Dragons), rycerzom albo dinozaury na dinozaury, rycerze i żołnierze. Do tego budujemy fortece z klocków Lego czy innych większych, bo szybciej się buduje.

Duel MastersRysowanie - B. dużo i chętnie rysuje. Często są to właśnie jakieś walki, ale też życie morskie, delfiny, rekiny, statki. Często chce, żebym ja mu coś narysował. Wspólne rysowanie jest świetne, choć ja za grosz nie mam talentu. Ale jemu to nie przeszkadza. I tak ciągle lepiej od niego rysuję :)

Karty - różne karty, najczęściej wojna, ale też bardzo często gramy kartami Duel Masters. B. lubi oglądać rysunki i sprawdzać jaką i ile mocy ma dana postać. Oczywiście nie gramy tak, jak mówią reguły tej karcianki. Nawet chciałem mu kupić starter pack, ale stwierdził, że woli grać po swojemu - w stylu zwykłej wojny. No i oczywiście tak, żeby wygrać.

Bierki - dzięki dziewczynom B. poznał bierki i bardzo mu się spodobały. Początkowo było trudno go namówić, bo jak policzył na początku, że przegrywa, to rezygnował z dalszej gry. Jednak gdy zobaczył, że w późniejszej fazie można się odegrać i wygrać całą partię, zaczął grać z dużą przyjemnością i wprawą. Gra bardzo dobra, uczy nie tylko zręczności, ale też cierpliwości.

Gry komputerowe - oczywiście, że gramy. Chciałbym spotkać ojca siedmioletniego chłopca, który mając komputer nie gra z synem w gry komputerowe. Gry komputerowe zostawię jednak na następny odcinek, bo to całkiem rozbudowany i często kontrowersyjny temat.


Ten wpis pochodzi z bloga Ojciec i ojczym.
18 sierpnia 2007

Trzy dni z B.

B. wrócił i spędził z nami prawie 3 dni. W środę poszliśmy do dziadka na imieniny i trochę posiedzieliśmy. B. chciał pójść na spacer i powiedział “Tatusiu - pójdziemy na spacer?” Na to my, że razem wszyscy możemy iść i w tym momencie zobaczyłem w jego oczach lekkie rozczarowanie - on chciał iść tylko ze mną. Tak jakoś posterowaliśmy, że poszliśmy tylko we dwóch. Odprowadziliśmy A. do przejścia dla pieszych, a sami poszliśmy w kierunku lasku. Uwielbiam te nasze spacery, gdy B. wymyśla różne postaci i wciela się w nie, a mi każe wymyślać coś dla siebie.

TapiryW czwartek byliśmy w odwiedzinach u babci, w ZOO i po prostu spędziliśmy razem trochę czasu. B. głaskał tapiry i bardzo mu się spodobały - prześmieszne. Spędziliśmy calutki dzień poza domem.

Mieliśmy również kilka drobnych spięć wychowawczych. B. czasem zbyt agresywnie reaguje, sprawia czasem ból (czasem sobie z tego nie zdaje sprawy, ale często jednak wie co robi). Musieliśmy mu wytłumaczyć, że takie zachowanie jest złe, że nie można agresywnie reagować, że trzeba próbować panować nad swoimi złymi emocjami i nie wolno krzywdzić innych. Inna sprawa, która nas zajęła, to niechęć B. do pomagania w różnych pracach domowych. Miał pozmywać kilka talerzy i szklanek - duży problem. Ale jakoś mu wyjaśniliśmy, że wszyscy coś w domu robią. To jest problem, który ciągnie się za B. od zawsze - jeśli we własnym domu coś czasem zrobi, to już u dziadków zawsze był obsługiwany i chyba tego samego oczekuje od nas. Ale u nas tak nie ma, zresztą u dziadków już też nie, bo mama po operacji na pewno mu nie będzie podtykała pod nos wszystkiego. Trzeba nad tym pracować, delikatnie i powoli, ale cały czas.

Ogólnie jednak spędziliśmy fantastycznie 3 dni (niecałe). Wyciągnęliśmy z piwnicy klocki O. i zaczęliśmy coś układać. B. ułożył małe prywatne ZOO dwóch indian z pokojem na piętrze. A dziś B. jest już w górach i wróci za 2 tygodnie. W dodatku podobno nie ma tam zasięgu, więc nie wiem, czy sobie z nim porozmawiam.Domowe zoo LEGO


Ten wpis pochodzi z bloga Ojciec i ojczym.
web stats stat24