Wakacje nieuchronnie zbliżają się ku końcowi, a w nowym roku szkolnym decyzje o przyszłości naszych dzieci podejmować będzie nowy, już nie największy, minister edukacji narodowej. I co nas nowego spotka w nowym roku?
Mundurki!
Skądinąd nie całkiem głupi pomysł, ale absolutnie nie przygotowany. Ani największy minister ani jego urzędnicy nie wiedzieli, jak wprowadzić go w życie. W szkole B. nie przypominam sobie jakichkolwiek konsultacji dotyczących kroju i fasonu mundurka, ale nie jest najgorzej - będzie to kamizelka z teksasu (czy ktoś jeszcze pamięta ten wspaniały materiał jeansopodobny z epoki PRL?) za bagatela 80 zł. I tu mnie krew zalała, gdy się o tym dowiedziałem, bo moim zdaniem potrzebne są w drugiej klasie podstawówki co najmniej 2 sztuki, bo przecież jak się dzieciak na obiedzie w poniedziałek upaprze, to do wtorku nie wyschnie po praniu, czyli będzie do piątku chodził w brudnym mundurku. Jak to na zebraniu wyartykułowałem, to mnie zakrzyczeli, że nieeee (na czele z mamą B.). Niech i tak będzie.
W szkole O. do końca roku nie było wiadomo, jak będzie wyglądał mundurek i ile będzie kosztował. Szkoła rewelacyjna. Ale to może i jest metoda. Słyszałem o szkole, w której inteligentny dyrektor przeczytał ustawę i zinterpretował ją tak, że uczniowie będą nosić tylko fragment stroju, np. tarcze szkolne. Wydatek nie 80 zł, a pewnie z 80 gr, problemu z praniem nie ma i pstryczek w nos największego ministra edukacji.
Jeśli chodzi o pranie, to w ogóle mam mieszane uczucia, bo przecież w gimnazjum młodzież dojrzewa, poci się mocno, to te mundurki nieprane będą po prostu śmierdzieć. Acha - zapomniałem. Nasz (niekoniecznie mój) były już minister zadbał o to, żeby do mundurków było dofinansowanie. Zgodnie z rozporządzeniem Rady Ministrów dofinansowanie można dostać w wysokości 50 zł. Mnie to nie dotyczy, ale wielkie dzięki i ukłony. A podobno szkolnictwo jest w Polsce bezpłatne. Ciekaw jestem, czy jest już rozporządzenie, które reguluje sankcje za nienoszenie mundurków.
Ocena z religii wliczana do średniej
No cóż - ten pomysł również dotknie moje dzieci bezpośrednio. Oboje mają wybór, czy chcą chodzić na lekcje religii, bo na etykę nie mogą, ponieważ szkoła nie organizuje takich lekcji. Ja nie nalegam, mogą wybrać. B. chodzi na lekcje, bo nie chce siedzieć sam w świetlicy, ale zapisany nie jest i nie chce się zapisywać. Jego wybór. O. z kolei chodziła na lekcje religii od zawsze, ale po lekcjach prowadzonych w jej obecnym gimnazjum stwierdziła, że nie będzie już chodzić. I się nie dziwię skoro na lekcjach religii oglądano głównie filmy fabularne i to bynajmniej nie mówiących np. o życiu Chrystusa, czy o historii chrześcijaństwa. Hitem było oglądanie w ramach lekcji religii filmu King Kong. Oglądali również film Constantine (thriller sklasyfikowany od 18 lat) i Pasję (od lat 15). Ten ostatni może i w temacie, ale moim zdaniem nie dla pierwszej klasy gimnazjum. Jeśli chce się puścić taki film 14-latkom, to należałoby zapytać rodziców o zdanie. Dla mnie Pasja była wstrząsająca, epatująca brutalnością zupełnie nieuzasadnioną.
Tego typu prowadzenie lekcji religii przekonuje mnie absolutnie, żeby pozostawić wolny wybór moim dzieciom. Wartości ogólnoludzkie przekażę im w domu sam, historii religii w szkole się nie nauczą, religii jak widać również. Kiedyś pytałem O. o 10 przykazań - nie umiała wymienić, grzechów głównych również, ale 6 z religii ma. I ta 6 będzie się liczyć do średniej. Inni też mają 6. Ale nic nie umieją, to o co chodzi? Skąd taka ocena?
Nieszczęściem jest to, że dzieci niechodzące na religię nie mogą też chodzić na etykę (bo jej nie ma) i w związku z tym średnią ocen będą miały niższą skoro wszyscy z religii będą mieli 6. A może nie? Może jednak ktoś kopnie w zad nauczycieli i zaczną wreszcie uczyć (i to nie tylko tych od religii).
Ten wpis pochodzi z bloga Ojciec i ojczym.

O. wróciła po niemal 2 tygodniach z obozu do domu. Przykra rzeczywistość domowa najwyraźniej ją zaatakowała gwałtownie i niespodziewanie. Wakacyjna laba się kończy, a domowe obowiązki wracają. Widzę, że ciężko jej się przestawić na zwykłe tory. Utrzymywanie porządku w pokoju własnym i nie tylko, wstawianie butów do szafki, zmywanie naczyń, czy obranie ziemniaków, to sprawy którymi na obozie się nie przejmowała, a w domu niestety (dla niej) są na porządku dziennym.

W czwartek byliśmy w odwiedzinach u babci, w ZOO i po prostu spędziliśmy razem trochę czasu. B. głaskał tapiry i bardzo mu się spodobały - prześmieszne. Spędziliśmy calutki dzień poza domem.