Ojciec i ojczym

Blog ojca siedmiolatka i ojczyma czternastolatki

29 września 2007

Sukcesy i porażki w szkole

Dzieci chodzą do szkoły, a rodzice interesują się tym, co się tam dzieje, jak dzieci się uczą, czego się uczą, co robią nauczyciele z naszymi dziećmi. Nauczyciele z zainteresowaniem i chętnie rozmawiają z rodzicami, słuchają ich uwag, żeby uczyć i wychowywać lepiej. Taki idealny obraz jest czasem przedstawiany w różnych publikatorach. Tak niestety nie jest. Przekonałem się o tym wielokrotnie. Rodzice często nie rozmawiają z dziećmi w ogóle, a i dzieci nie są skłonne opowiadać, co się w szkole dzieje. Nauczyciele traktują rodziców jako zło konieczne, stawiają się zawsze w pozycji lepiej wiedzących, wszelkie uwagi puszczane są mimo uszu lub traktowane jako wtrącanie się w nie swoje sprawy.

Jak już kiedyś pisałem wtrąciliśmy się z A. w sprawie nauczania religii w klasie O. Uważam to za nasz sukces, bo ksiądz, który zastąpił katechetkę uczy na lekcjach, okazał się nie tylko dobrym pedagogiem, ale również sympatycznym człowiekiem, który chce nawiązać kontakt z rodzicami.

Porażką muszę nazwać zwrócenie uwagi pani od polskiego (wychowawczyni) O., że w zeszłym roku “przerobiła” tylko 1/3 zeszytu ćwiczeń, a teraz każe kupić nowy na ten rok. Pani okazała się mściwa. Bo tak należy potraktować dość złośliwe ocenienie pracy pisemnej O. Faktycznie O. nie wysiliła się i zrobiła błędy głównie językowe. Dostała 16 punktów, gdy za 17 ocena była dobra. O. dostała ocenę dostateczną. Zwykle w takim granicznym przypadku daje się plus lub minus, ale widocznie nie zasłużyła. Co mi się nie podobało to to, że premiowane były prace pisane na komputerze, który jak wiadomo poprawi błędy ortograficzne. A już szczytem była ocena bardzo dobra uzyskana przez uczennicę, która nie oddała pracy pisemnej, a jedynie ją przeczytała. W taki przypadku błędów ortograficznych czy interpunkcyjnych chyba nie uda się poprawić. Zastanawia mnie system punktowania pracy literackiej.

Sukcesem jest natomiast to, że wyjaśniliśmy O., że nie ma patrzeć na innych, a jedynie na siebie i praca, którą oddała na pewno nie była bardzo dobra. Zrozumiała, że musi pracować dla siebie, że pisanie prac ręcznie i zastanawianie się nad błędami, poprawianie ich wyjdzie jej tylko na dobre.

Porażka w szkole B. - wychowawczyni klasy B. nie jest w stanie skończyć lekcji o czasie, a z każdych wyjść i wyjazdów wraca później niż zaplanowała. W piątek przeszła samą siebie. Przyszła z wyjścia na Dzień Chłopca 45 minut później od planowanego czasu powrotu. W sekretariacie szkoły nie można było się skontaktować z panią, bo nie znali jej komórki. To uważam za skandal. A porażka? Ja poniosłem porażkę, bo przez cały zeszły rok nie powiedziałem nic na temat jej niepunktualności, a trzeba było zrobić awanturę, ale człowiek się hamuje ze względu na dziecko. Teraz dałem lekki wyraz swojego niezadowolenia i pani podeszła i przeprosiła, że źle zaplanowała czas. Ale ona zawsze źle planuje!


Ten wpis pochodzi z bloga Ojciec i ojczym.
25 września 2007

Być ojcem, ojczymem, kolegą

Pisałem kiedyś o tym, jak być ojczymem, ale teoria sobie, a życie sobie. Jestem nie tylko ojczymem, ale również ojcem dla B. i trenerem O. i chyba też trochę dla niej kolegą. Tak to w tej chwili widzę, w takich rolach występuję.

O. od początku naszej znajomości mówi do mnie po imieniu, więc to w jakiś sposób determinuje stopę nieco koleżeńską, często rozmawiamy o jej treningach i zawodach, o sprawach klubowych. I tak jak ona nie wykorzystuje tej koleżeńskiej stopy, to B. trochę nie do końca umie jeszcze znaleźć umiar w “koleżeńskości” w stosunku do A.

Są sytuacje, kiedy staram się pozostać w roli obserwatora zostawiając A. jakiś problem do rozwiązania, czasem jednak za szybko włączam się i wchodzę w rolę ojca w stosunku do O. Na szczęście dużo z A. rozmawiamy i jeśli pojawiają się drobne problemy, to najpierw je omawiamy we dwoje, a potem dopiero rozwiązujemy je. To jest moim zdaniem bardzo ważne. Oboje musimy rozmawiać i współpracować, jeśli chodzi o wychowywanie naszych dzieci. Ja jestem ojcem dla B., ale to A. jest matką O. i tak staramy się dzielić w przypadkach, w których interwencja wychowawcza jest konieczna. Jeśli chodzi o wychowywanie, to jako ojczym nie próbuję narzucać się ze swoim zdaniem, czy punktem widzenia. Jednak w stosunku do B. to ja raczej wyrażam nasze wspólne stanowisko wypracowane w trakcie rozmów z A.

Ponieważ dla O. w jakimś stopniu jestem również kolegą, na szczęście w niewielkim, to B. próbuje tego samego zarówno z A. jak i ze mną. Czasem mówi do mnie po imieniu i myślę, że należy mu czasem na to pozwolić, bo przecież widzi, że O. do mnie tak mówi. Ale są momenty, że O. trochę się zagalopuje i przy B. zaczyna się wygłupiać, co B. z kolei próbuje wykorzystywać i podobnie się odnosić do A. Nie możemy sobie na to pozwolić, bo on nie rozpoznaje tej cienkiej granicy między żartem, a działaniem na serio. Ot taki przykład - O. któregoś dnia rzuciła we mnie papierową kulką. W żartach oczywiście, ale B. już nie w żartach próbował rzucić w A. jakąś zabawką. Trzeba to było ukrócić. O. nie może w żartach nawet w ten sposób się do mnie odnosić, bo to wyraz braku szacunku, który przejmuje B. nie wiedząc, że to żart.

Jak ogromna przepaść dzieli 7-latka i 14-latkę widać dopiero w takich sytuacjach. Nie na wszystko można sobie pozwolić w obecności ich obojga. Można sobie pozwolić na więcej luzu w stosunkach z czternastolatką, ale już z siedmiolatkiem nie. On potrzebuje ojca, ciągłego kształtowania charakteru, więcej wychowania niż O. A z drugiej strony wiem, że powinien we mnie mieć zawsze oparcie, powinienem być dla niego przyjacielem, do którego zawsze będzie mógł przyjść ze swoimi problemami. Staram się jakoś godzić te dwie role - wychowawczą z przyjacielską. Nie zawsze się udaje. Z kolei O. już nie potrzebuje wychowywania w takim stopniu, ona już jest niemal ukształtowana, stąd też moja rola raczej ogranicza się do roli doradczej, a nie wychowawczej. Tą przejmuje niemal w całości jej matka i słusznie, bo przecież zna ją o wiele lepiej niż ja.

Czy to brzmi sensownie?


Ten wpis pochodzi z bloga Ojciec i ojczym.
21 września 2007

Katar i kurzajki na weekend.

B. u nas na weekend zostaje. Ma okrutny katar i wobec tego będę z nim spał w pokoju, bo O. by się na pewno nie wyspała. B. strasznie się denerwuje, gdy ma katar i często się budzi. Kupiłem mu Nasivin no i nie sprawdziłem w aptece i zamiast kropli dali mi roztwór do rozpylania. Nie jest to najprzyjemniejsze, gdy rozpyla prawie prosto do mózgu. Ale B. był dzielny i jakoś to zniósł. Przynajmniej prześpi kilka godzin bez kataru.

Dokuczają mu kurzajki na stopie. Ostatnio miał jedną, a teraz już dwie. Chyba czas, żeby je usunąć chirurgicznie, bo Brodacid jak widać nie działa za dobrze.  Mam nadzieję, że nie pozarażamy się kurzajkami od B.

W niedzielę na grzyby.


Ten wpis pochodzi z bloga Ojciec i ojczym.
19 września 2007

Lis odsunięty od Wydarzeń - wiadomość dnia w TVP1

Wiem, że absolutnie nie na temat, ale tak mnie poruszyła ta wiadomość podana jako główna i pierwsza w “Wiadomościach” TVP1. Czyż to nie jest żałosne, jakie wiadomości są podawane w czasie głównego wydania programu informacyjnego telewizji publicznej, bądź co bądź konkurencyjnej wobec Polsatu? Tak naprawdę to co to za wiadomość?? Że wywalono dziennikarza? Nawet powody mnie nie interesują, niech sobie Polsat robi, co chce. Czy to jest wiadomość dnia? Ani Lis nie kreował rzeczywistości, ani nie jest kimś ważnym, żadnym autorytetem. Komentuje to, co się wokół niego dzieje, robi sprawnie programy informacyjne czy publicystyczne i tyle.

TVP1 i w ogóle telewizja publiczna za nasze między innymi pieniądze, po które sięga coraz głębiej do naszych kieszeni rywalizuje z telewizjami komercyjnymi zarówno w jakości (coraz gorszej) programów, jak i w ilości reklam, które pojawiają się coraz częściej i gęściej. Nie rozumiem tego. Jak to się dzieje, że w BBC są kanały publiczne utrzymywane z abonamentu (czy też podatku od posiadania telewizora) i reklam tam nie ma, a ich programy są doskonałe, ciekawe i kupowane przez wiele telewizji na świecie. Próżno szukać w TVP dobrych programów dla dzieci, poradnikowych, czy edukacyjnych. Stworzono TVP Kultura, która jest niedostępna dla wielu ludzi w Polsce. Po co? Chciałbym, żeby TVP przestała konkurować z Polsatem czy TVN, przestała nadawać reklamy i idiotyczne seriale, których ilość odcinków przekracza wszelkie wyobrażenie - ostatnio słyszałem “koniec odcinka trzy tysiące któregoś tam”. Chciałbym, żeby TVP przestała odgrzewać stare kotlety i zaczęła produkować Teatr Telewizji, żeby było więcej programów dla dzieci, bo są dni, że jedynym programem jest Dobranocka, która trwa 5 minut.

Przy okazji w gazetach, przynajmniej wydaniach internetowych, przypomniano, że Lis jest wzorowym ojcem i ojczymem. Och - chyba na znak solidarności jego obecna partnerka Smoktunowicz też odeszła z Wydarzeń. Och jakie to wzruszające. Najfajniejsze jest to, że oboje określani są jako megagwiazdy. Absolutnie mega :)


Ten wpis pochodzi z bloga Ojciec i ojczym.
19 września 2007

Dziecko jest nasze

Do napisania tego natchnął mnie wpis Wildhearta o dzieciach z rozbitych rodzin. Bardzo się bałem i boję tego, że B. stanie się przypadkiem kartą przetargową, jeśli dojdzie do jakichś nieporozumień między mną a jego matką. Mamy wciąż niezałatwione sprawy finansowe, które już ciągną się za nami i wkrótce, mam nadzieję, dojdzie do ich ostatecznego wyprostowania. Oczywiście polskie sądy stają na ogół po stronie matki, nie zawsze jest brane pod uwagę dobro dziecka. Na szczęście nasze stosunki z byłą żoną są poprawne, próbujemy mimo własnych niechęci współdziałać dla dobra naszego dziecka. Mimo to obserwuję czasem u B. ten syndrom nadmiernego obciążenia, jego rozdarcie między mną i moją rodziną, a matką. Czasem jest nieznośny, czasem z kolei bardzo kochany, przykleja się, bardzo potrzebuje akceptacji nie tylko mojej, ale również A. i O.

Nie wiem, czy jest to możliwe, ale dobrze by było gdyby dla dobra B. jego matka i A. umiały ze sobą rozmawiać. Przecież B. spędza z nami sporo czasu i nie można tworzyć dwóch odrębnych dla niego rzeczywistości. Te światy moim zdaniem powinny się przenikać na płaszczyźnie dotyczącej jego wychowania. Może kiedyś taka współpraca będzie możliwa. Na razie cieszę się z tego, że uniknęliśmy wojny, w której jedynym przegranym byłby B.

Koszmarnie się czyta o dzieciach odbieranych przez policję siłą ojcom, wszelkie historie ojców, którym odmówiono kontaktów z dziećmi, którzy mają te kontakty reglamentowane i bardzo rzadkie. Straszne są te historie, a na tym wszystkim cierpią właściwie wyłącznie dzieci. Ich psychika będzie do końca życia cierpiała przez głupotę dorosłych, ich zacietrzewienie i brak porozumienia.


Ten wpis pochodzi z bloga Ojciec i ojczym.
web stats stat24