Szkoła jaka jest każdy widzi
Ubiegły rok szkolny starałem się przetrwać jako w miarę bierny obserwator rzeczywistości szkolnej. A to z racji tego, że zarówno O. jak i B. zaczęli naukę w nowych dla siebie szkołach. O. w gimnazjum, a B. w podstawówce. Oba moje pierwszaki dzielnie sobie dawały radę i świetnie się uczyły. W ten rok wkraczam bardziej krytycznie nastawiony do szkolnictwa, do szkoły jako takiej i do całego systemu edukacyjnego. Wiele krytycznych spostrzeżeń wzięło się z rozmów ze znajomymi i rodziną, którzy są wewnątrz tego edukacyjnego grajdołka, inne są moimi własnymi, które pojawiały się w miarę obserwacji tego, co działo się w obu szkołach moich dzieci. Inne jeszcze spostrzeżenia są wynikiem w miarę uważnego czytania doniesień prasowych i słuchania wypowiedzi ludzi odpowiedzialnych za polską szkołę i tych, którzy są do niej krytycznie nastawieni.
Nauczyciele to ograniczeni lenie
I nie chodzi mi o pensum w wysokości 18 godzin dydaktycznych. Absolutnie nie. To jest akurat bardzo prymitywny argument przytaczany przez tych, którzy szkoły nie znają. Nauczyciel spędza czasu w szkole nieco więcej niż 18 godzin plus różne zajęcia pozalekcyjne (nieodpłatne) i dodatkowo praca w domu. Lenie bo chcą mieć wszystko podane gotowe. Zmieniły się programy – co robią nauczyciele? Podnoszą larum, że podręczniki niedostosowane, że nie ma skryptów, zeszytów ćwiczeń itp. A gdzie wasza wiedza wyniesiona ze szkół i studiów, czy naprawdę trzeba klepać dokładnie tak, jak jest w podręczniku, czy nie można omówić na przykład lektury z głowy (jak to robiła moja nauczycielka języka polskiego w liceum). Dlaczego ograniczeni – wystarczy posłuchać, o czym rozmawiają ci przedstawiciele polskiej inteligencji. O mężach, żonach, ciuchach i pieniądzach. Ilu nauczycieli w pokoju nauczycielskim rozmawia o ostatnio przeczytanej książce, o ciekawej wystawie w muzeum, czy spektaklu w teatrze?
Ciągłe wyciąganie pieniędzy od rodziców
Szkoła jest coraz droższa i to jest fakt. Z różnych powodów – a to mundurki, a to fiasko szumnie zapowiadanego przez największego ministra programu tanich podręczników, a to znowu lenistwo nauczycieli.
Mundurki to jest jakiś koszmar. Chyba nawet największy minister nie zdawał sobie sprawy, jak strasznie zdenerwował tym ludzi. Nie dość że w wielu szkołach nie zdecydowano jeszcze, jak ma wyglądać, to w dodatku kilku sprytnych dyrektorów zamiast mundurka wprowadziło tarcze i jest świetnie – tanio, zgodnie z rozporządzeniem i dzieciaki się cieszą. Pisałem już, że u B. za kawałek szmatki, czyli mundurek firma zażyczyła sobie 80 zł, a u O. jeszcze nie wybrano, jak będzie wyglądał. Na tarcze już nie da się zamienić, bo zapisano w statucie szkoły mundurek (dla mnie to oznacza dół i górę, a nie tylko kamizelkę). No cóż. W jednej ze szkół jest to dół i góra za 110 zł. Najbardziej mnie rozbawiła dyrektorka szkoły O., z którą rozmawiałem. Stwierdziła, że w przyszłym roku będą już giełdy używanych mundurków. I tu wracam do akapitu o ograniczeniu nauczycieli – z myśleniem u nich jednak coś nie bardzo. Zobaczymy jak po roku noszenia 5 dni w tygodniu będzie wyglądał mundurek. Bardzo jestem ciekaw ile prań wytrzyma. A pani dyrektor chce go „opchnąć” młodszym. Pogratulować wyobraźni.
Podręczniki – wiadomo, że drogie. Niektóre można kupić używane, ale nie te w klasach I-III podstawówki i nie zeszyty ćwiczeń. Bo teraz dzieci uczy się szacunku dla książek poprzez pisanie w nich. Dawniej do pisania służyły zeszyty, a o książki się dbało. Teraz w książkach się smaruje. Potem wyrosną z nich tacy, co jak będą potrzebowali obrazek, to wytną z książki zupełnie się nie przejmując, że na odwrocie może być jakiś tekst. No i te zeszyty ćwiczeń niemal do każdego przedmiotu muszą być nowe. U O. z j. polskiego w zeszłym roku w zeszycie ćwiczeń zapełniono 15 stron na 70. I koniec. W tym roku trzeba kupić nowy. Tylko po co – żeby znowu zapełnić 20%?
Kosztowne lenistwo – ktoś zapyta – o co mu znowu chodzi? A o takie drobiazgi, które znowu nas kosztują, jak ksero, nieszczęsne zeszyty ćwiczeń (pani od historii stwierdziła, że muszą kupić, bo ona nie wyobraża sobie uczenia bez zeszytów ćwiczeń), czy różne imprezy. Ja rozumiem, że trzeba teraz się wykazać nowoczesnością, ale czemu ja mam płacić 5 zł miesięcznie na ksero, bo jednemu z drugą nie chce się podyktować, czy napisać na tablicy zadań na sprawdzian. Podliczyłem w ubiegłym roku ilość skserowanych stron, które O. przyniosła do domu i nijak mi nie wyszło 5 zł. A to jest 5 zł miesięcznie od ucznia. Przy 300 uczniach w szkole, to wychodzi 15 000 zł rocznie bez rachunku, bez kontroli. Nie wiem na co one idą. Tego że nauczyciel nie wyobraża sobie nauczania bez zeszytu ćwiczeń komentował nie będę, bo szkoda czasu. Na koniec imprezy – imprez ostatnio w szkołach jest więcej niż samej nauki. I tu bynajmniej nie chodzi o wychowawczą rolę szkoły. Tu chodzi o awanse nauczycieli, bo nauczycieli nie ocenia się po jakości kształcenia, ale po ilości rozmaitych działań. W internecie powstały specjalne portale, na których publikują nauczyciele te swoje wypociny, bo przecież w żadnym renomowanym piśmie nikt by takiej ilości bzdur nie wydrukował. Publikacja w internecie bez recenzenta liczy się do dorobku. Zadziwiające. Nauczyciel zamiast uczyć ma podejmować działania, które wpłyną na podniesienie jakości procesu dydaktyczno-wychowawczego realizowanego w szkole. Bardzo interesująca jest lektura wymagań stawianych nauczycielom jeśli chodzi o awans zawodowy. Im więcej imprez – tym lepiej. W ogóle dochodzę do wniosku, że w szkole już coraz mniej się uczy, a coraz więcej imprezuje.
Brak przepływu informacji między nauczycielami
Nauczyciele ze sobą nie rozmawiają o tym, co robią, czego uczą. Miały być kiedyś bloki przedmiotowe, żeby fizyk współpracował z matematykiem, polonista z historykiem itp. Dziś upewniłem się, że taki przepływ informacji nie istnieje. I potwierdza to moją wcześniejszą tezę, że nauczyciele rozmawiają ze sobą o „przymiotach Maryni”. Pani wychowawczyni-polonistka nie miała pojęcia, że na religii dzieci oglądają filmy. Była natomiast zachwycona, że tak chętnie chodzą na te lekcje. Oczywiście – skoro oglądają filmy, których w domu rodzice by im nie pozwolili oglądać i dostają za to oceny celujące, to chyba jasne, że chętnie będą chodziły. Nie chcę, żeby to wyglądało, że czepiam się religii w szkole, ale skoro jest to przedmiot, z którego ocena jest istotnym składnikiem edukacji obecnej i przyszłej mojego dziecka, to niech on będzie nauczany porządnie. Zresztą skoro żyjemy w Polsce, której mieszkańcy zawsze byli religijni, to wypadałoby coś o tej religii wiedzieć. Wywodzimy się z kręgu kultury chrześcijańskiej i nie wyobrażam sobie, żeby moje dzieci nie miały pojęcia o podstawowych symbolach, o historii, o tym co jest dla tak wielu ważne. W domu ich tego nie nauczę, więc niech choć w szkole tego lizną. Ale niech to będzie normalny przedmiot, jak historia, matematyka, czy fizyka. Niech nauczyciel (ksiądz, czy katecheta) przykłada się do nauczania tego przedmiotu.