Dziecko jest nasze

Do napisania tego natchnął mnie wpis Wildhearta o dzieciach z rozbitych rodzin. Bardzo się bałem i boję tego, że B. stanie się przypadkiem kartą przetargową, jeśli dojdzie do jakichś nieporozumień między mną a jego matką. Mamy wciąż niezałatwione sprawy finansowe, które już ciągną się za nami i wkrótce, mam nadzieję, dojdzie do ich ostatecznego wyprostowania. Oczywiście polskie sądy stają na ogół po stronie matki, nie zawsze jest brane pod uwagę dobro dziecka. Na szczęście nasze stosunki z byłą żoną są poprawne, próbujemy mimo własnych niechęci współdziałać dla dobra naszego dziecka. Mimo to obserwuję czasem u B. ten syndrom nadmiernego obciążenia, jego rozdarcie między mną i moją rodziną, a matką. Czasem jest nieznośny, czasem z kolei bardzo kochany, przykleja się, bardzo potrzebuje akceptacji nie tylko mojej, ale również A. i O.

Nie wiem, czy jest to możliwe, ale dobrze by było gdyby dla dobra B. jego matka i A. umiały ze sobą rozmawiać. Przecież B. spędza z nami sporo czasu i nie można tworzyć dwóch odrębnych dla niego rzeczywistości. Te światy moim zdaniem powinny się przenikać na płaszczyźnie dotyczącej jego wychowania. Może kiedyś taka współpraca będzie możliwa. Na razie cieszę się z tego, że uniknęliśmy wojny, w której jedynym przegranym byłby B.

Koszmarnie się czyta o dzieciach odbieranych przez policję siłą ojcom, wszelkie historie ojców, którym odmówiono kontaktów z dziećmi, którzy mają te kontakty reglamentowane i bardzo rzadkie. Straszne są te historie, a na tym wszystkim cierpią właściwie wyłącznie dzieci. Ich psychika będzie do końca życia cierpiała przez głupotę dorosłych, ich zacietrzewienie i brak porozumienia.