Złoty środek

taoizm.gifBywają sytuacje, kiedy musimy zdecydowanie przeciwdziałać złym, z punktu widzenia rodziców, zachowaniom dzieci. B. w wieku siedmiu lat bywa krnąbrny, czasem odpyskuje, wyrywa z ręki różne przedmioty, czy też nie umie opanować agresji. Strasznie to przykre, ale tak jest. Stajemy teraz przed problemem opanowania takich zachowań, utemperowania go i w pewnym sensie ucywilizowania. Jego zachowanie wynika po części z sytuacji, w której się znalazł z nie swojej winy. Życie na trzy domy wcale nie pomaga mu.

Próbujemy z A. go wychowywać, ale czasem zastanawiam się, jak bardzo teraz powinniśmy go wychowywać, a jak stwarzać mu miłą i przyjazną atmosferę, okazywać mu swoją miłość. Dla niego nasze małżeństwo, nowa rodzina są na pewno wielkim wyzwaniem i dezorientują go. Pojawia się problem równowagi między wychowywaniem, czyli tłumaczeniem, strofowaniem, powstrzymywaniem nieakceptowanych zachowań, a miłością i miłą atmosferą w naszym domu. Nie chciałbym, żeby czuł się przez nas wciąż wychowywany i strofowany. U siebie w domu jest, mam wrażenie, zostawiony samemu sobie, jego matka prawdopodobnie niewiele mu poświęca uwagi i dla świętego spokoju mu wiele rzeczy odpuszcza. On chyba więcej czasu spędza na dworze ze swoją koleżanką niż w domu z matką.

Nie możemy odpuścić zupełnie, trzeba mu pokazywać, które zachowania są nieakceptowane przez nas, że nie może się do nas odzywać jak do swoich kolegów. Dziś mu powiedziałem, że oczekuję od niego szacunku wobec mnie i A. oraz innych dorosłych, dokładnie takiego samego, jakie okazuje swojej pani w szkole. Niemal przyznał mi rację, że w szkole za odzywki, którymi nas częstuje dostałby na pewno od pani uwagę za złe zachowanie. Czyli on doskonale wie, co jest dobre, a co złe. Nie rozpoznaje tylko, że my nie jesteśmy jego kolegami, ale bliżej nam do pani w szkole.

Trudno znaleźć ten złoty środek i stosować takie sztuczki, żeby wychowywać, a nie łamać go, żeby nie czuł się w jakiś sposób osaczony i bez przerwy pouczany. Chciałbym znać takie sposoby.