Rozterki trenera i ojca

Dziś trochę pojęczę, bo już mi zaczęło iść lekko uszami. Krótko opiszę sytuację, która była i jest. Jak wiecie jestem trenerem swojej córki, prowadzę zajęcia dla dzieciaków. Klub nie jest bogaty, ale zawsze staramy się, żeby dzieci miały konie do trenowania i startów. Instruktorzy pracują społecznie, ja jeździłem z dzieciakami na zawody i również grosza za poświęcony czas nie wziąłem.

Konie przydzielam do jazdy ja i jeszcze jeden kolega instruktor. W grupie 6 dzieciaków jest dwójka dzieci ludzi, którzy założyli ten klub i pracują społecznie po to, żeby on istniał i funkcjonował. Jednym z nich jest moja O. Po to założyliśmy i pracujemy dla klubu, żeby móc z niego korzystać – to jest nasz klub. Rodzice pozostałych dzieci mają co chwilę jakieś pretensje, że ich dzieci nie dostają takich koni, jakie sobie wymarzyły, że na tych koniach jeździ O. i córka prezesa. A koni nie wystarcza dla wszystkich – z powodu kontuzji wypadły nam 2 i nie mogę każdemu dać takich, jakie chcą.

No i powstaje dylemat – czy ja mam dać córce gorszego konia, żeby zadowolić tamtych rodziców? Bynajmniej nie jest tak, że O. jeździ na najlepszych koniach – wręcz przeciwnie – konie, na których jeździ są albo do poprawy albo młode do podszkolenia. Ale chyba chodzi o sam fakt, że dla O. robię więcej niż dla innych. Ale to chyba jak najbardziej naturalne. Logicznym jest, że gdyby O. nie jeździła, to i inne dzieci nie miałyby treningów, bo mi by się nie chciało tego prowadzić.

W wakacje poświęciłem z A. 2 tygodnie na zgrupowaniu, żeby mogły się przygotować do zawodów. Nawet dziękuję nie usłyszałem. I tak powoli się zniechęcam do prowadzenia treningów i jeżdżenia na zawody z obcymi dziećmi. Może powinienem egoistycznie zająć się tylko O.? A może powinienem brać pieniądze za swój czas i wiedzę?

No trochę pojęczałem. Pewnie nudny wpis, bo co to kogo obchodzi, ale musiałem gdzieś się wyżalić ;-)