Wielka ulga
B. miał dziś operację kolana, o której pisałem. Pojechaliśmy na 6:30 – on z matką, ja dojechałem. Przyjęcie na oddział chirurgii dziecięcej szybkie, ale na oddziale zaskoczenie – tylko jedno z rodziców może wejść. Wobec tego ja zostałem zabierając ich płaszcze i buty do samochodu. Odczekałem godzinę, bo międzu 7:00 i 8:00 miał przyjść lekarz zakwalifikować B. do operacji. Przyszedł o 8:05 i od razu, w szybkim tempie założono B. wenflon, czopek w pupę i o 8:10 już go nie było. Przyszedł tylko do drzwi poczekalni i dał mi buziaka – mocno przestraszony i w szoku. Za szybko to zrobili. Jak go zobaczyłem takiego biednego w piżamce, z wenflonem w ręce i karteczką z nazwiskiem przypiętą na piersi, to mało się nie popłakałem.
Następna godzina to chyba jedno z najgorszych przeżyć, jakie sobie można wyobrazić – niepewność o to, co z nim, oddałem swoje dziecko obcym ludziom i zupełnie nie miałem nad tym kontroli. Całe szczęście, że kolega anestezjolog, którego B. zna był z nim i go usypiał, więc jakoś tak lepiej się czułem, że jednak ktoś znajomy z nim jest. Potem telefon od mamy B., że już po i jest wszystko dobrze. Wielka ulga. Po przewiezieniu na oddział zmieniliśmy się przy B. i on już całkiem dobrze się czuł. Pogadaliśmy, poczytałem mu, obejrzał film na DVD.
B. po 15:00 wypisany do domu. Będzie musiał nauczyć się poruszać o kulach, bo ma gips na całej nodze. Ogólnie wyszedł w dobrej kondycji, noga go tylko trochę bolała. Umówiłem się, że po zajęciach w poniedziałek go zabiorę do siebie na popołudnie. Jak już będzie się dobrze czuł, to na przyszły weekend przyjedzie do mnie. Niby mam zawody z dzieciakami, ale na parę godzin na pewno chętnie pójdzie do dziadków, których nie będzie widział przez dłuższy czas.
Ogólnie muszę powiedzieć, że B. był bardzo dzielny w tym wszystkim. Cieszę się, że już jest po. Muszę przyznać, że przez ostatnie tygodnie bardzo mnie ta operacja martwiła. Na szczęście sporo zajęć, więc czasu na rozmyślania mniej.
O sytuacji w szpitalu pisać nie będę, bo nie mam ochoty się denerwować, ale była tam jedna Stara Pierdolona Raszpla, wypisz wymaluj z wpisu Polarnego, która opieprzała mamę B. za różne sprawy, a ona chciała tylko dostać zwolnienie na opiekę nad B. Ta SPR stwierdziła, że jest na zastępstwie, ale to chyba nie jest powód, żeby rzucać się na rodziców małych pacjentów. Inne panie były bardzo miłe, ale akurat taka jedna SPR sprawia, że nerwy i tak napięte do granic możliwości mogą niektórym puścić. Dobrze, że mnie tam nie było, bo ja jako znany choleryk mógłbym wiązankę jej puścić.
(foto: Bento Goncalves, http://www.asterisco21.com.br/
Akurat pracuję w takim miejscu gdzie wykonuje się operacje tego typu jaka przeszedł B. Nie rozumiem dlaczego takie zaostrzenia sa w szpitalach polskich. Przecież dla dziecka w tym wieku juz samo pójscie do szpitala jest wielka trauma a co dopiero opracja .Rodzice powinni byc z dzieckiem . U nas na salę operacyjną rodzice wchodza z dziećmi , zostają tam oczywiście do chwili usnięcia co powzwala małemu pacjetowi uspokoic się trochę .Nikt na nikogo nie krzyczy , wszyscy są mili i wyrozumiali bo przeciez nie jest trudno wyobrażić sobie co rodzice czują oddając dziecko na operację .
Ciesz się ,że B dzielnie przezył operację .Zyczę szybkiego powrotu do zdrowia ! Pozdrawiam .
ps. A SPR nie przejmuj się , ona nie wie ze kij ma dwa końce
Dzięki
Niestety polskie szpitale są ciągle mało dostępne i nieżyciowe.
Najważniejsze jest to, że wszytsko jest dobrze. Trzeba tylko pilnować, aby później wszystko dobrze się goiło i układało. Życzę zdrowia dziecku a rodzinie spokoju.
)