Polski handel
Znowu dłuższa przerwa. Dziś trochę ponarzekam na polski handel. Na ogół nie narzekam, choć wiele rzeczy napotkanych w sklepach doprowadza mnie do białej gorączki. Z najnowszych wyczynów polskich handlowców:
- lokalny sklep spożywczy firmy SPAR (podaję nazwę, bo niby czemu nie) – niestety jedyny w najbliższej okolicy, więc czasem trzeba robić w nim zakupy. Pisałem już zresztą o nim, jako o obiekcie kamerowanym (nota bene kartka zmieniona została na „Uwaga kamery”). Kupujemy z A. wędlinę. Jest szynka wiejska, więc proszę o 10 plasterków. Pani chwyta 3 zeschnięte i nienapoczętą szynkę. Proszę, żeby mi tych zeschniętych nie dawała i pilnuję żeby je wywaliła. Udało się. Ale ale … Pani ładnie szynkę pokroiła, zapakowała do woreczka. W domu patrzę, a tam „piętka” czyli skórka niejadalna. No trudno – wywalam do śmietnika. Biorę plasterek, a tam w szynce kawałki sznurka, bo pani sprzedawczyni nie chciało się go zdjąć. Szlag mnie trafia, bo trzeba te kawałki wygrzebać z każdego plasterka.
- lokalny kioseczek typu mydło i powidło. Ja kupuję proszek, a O. loda. Przede mną dziewczynka z ojcem też kupuje loda. Wzięła jakiegoś, ale jak zobaczyła, że O. wyciągnęła rożek wiśniowy, to szybko poszła do lodówki i wymieniła. Podchodzi do lady, a pani mówi – Tego loda nie możesz kupić, bo nie jest wprowadzony. Ręce opadły mi, temu ojcu i O. Dziewczynka wymieniła na poprzedniego. O. też musiała się pogodzić z tym dziwactwem polskiego handlu. Pani mi wyrwała rożek i wrzuciła do lodówki.
A co roku zaskakuje mnie to, że nie mogę w lecie kupić letnich butów, a w zimie zimowych. Według sprzedawczyń zimowe należy kupować w lipcu, a letnie w styczniu. Potem znikają. Pół biedy, jeśli chodzi o dorosłego, ale dzieciakowi kupić w styczniu na lato – a jak mu noga urośnie, to mogę mu w lipcu kupić – kozaki
) Podobnie jest z kostiumami kąpielowymi, których latem się nie dostanie. No może jakieś odpady, które w styczniu się nie sprzedały.
Categories: Archiwum Tags:
Dać prawo do błędów?
Znowu minęło trochę czasu od ostatniego wpisu. O. już od tygodnia na zgrupowaniu, więc ma niewiele czasu wolnego, bo szkoła, trening, lekcje. Trochę zamieszania się wkrada w życie, ale jeszcze do opanowania. W tym wszystkim ciężko namówić ją do w miarę systematycznego i wcześniejszego robienia zadań do szkoły. Ostatnio (właściwie na dziś) miała przygotować referat. Miesiąc temu uzgodniliśmy, że przygotuje plakat, który jej pomogę stworzyć na papierze A0 do wydruku. Po tygodniu zapytałem o postępy w przygotowywaniu materiałów (zdjęć, tekstu) do plakatu – jeszcze nie było. Po kolejnym tygodniu ponowiłem pytanie – nadal nic. W sobotę poszła do dziadków zeskanować zdjęcia. OK – myślę sobie – w niedzielę będą gotowe materiały, to poskładamy je w plakat i w poniedziałek się da do druku. Niedziela minęła bez zająknięcia się o plakacie. O. wzięła się za przygotowywanie zdjęć i części tekstów w poniedziałek. We wtorek dała mi „gotowe” materiały. Niestety na skanach litery były za małe, żeby je umieścić na plakacie (wspominałem o tym wcześniej), więc prosiłem, żeby teksty przepisała. Z trudem mi się udało ją do tego namówić. Na środę plakat był gotowy. Poszła go zanieść do „poligrafii” i tam niespodzianka – ponieważ plakat miał czarne tło i dużo zdjęć, to cena była 3 razy większa od początkowej (o tym za chwilę). W drugim punkcie już tylko 2 razy więcej, ale za to byłoby gotowe za 3 dni. No i się sprawa rypła, bo czasu nie było ani na zmianę projektu graficznego ani na czekanie. Poszła do szkoły bez plakatu – referat zilustruje zdjęciami z książki.
No i po tym przydługim wstępie nastąpi komentarz
Ja się osobiście przejmuję takimi nieterminowymi pracami, ale A. stwierdziła, że należy pozwolić O. na popełnienie błędu i poniesienie konsekwencji zostawiania wszystkiego na ostatnią chwilę. Logiczne jest, że gdyby sytuacja z poligrafią wynikła w poniedziałek, kiedy zgodnie z planem miał być plakat gotowy, to czasu mielibyśmy dość na zmiany.
Jak daleko ingerować w sprawy nastolatki, jak mocno naciskać, żeby coś zrobiła? Zwłaszcza że to jej powinno zależeć na skończeniu wcześniejszym i otrzymaniu dobrej oceny. A. stwierdza, że jedno-dwa przypomnienia powinny wystarczyć i dalej nie należy się zbytnio przejmować. Niech O. się sama nauczy pracy i jej planowania. Może i racja.
A teraz w sprawie ceny wydruku plakatu. Poszedłem do jednego z punktów i zadałem proste (tak mi się wydawało) pytanie – ile kosztuje wydruk na formacie A0 i w jakim pliku należy go przygotować. Odpowiedź – 35 zł i plik CorelDraw z tekstem zamienionym na krzywe. Słowem się pani nie zająknęła o warunkach dodatkowych – że jak będzie dużo (co znaczy dużo?) czarnego, to cena rośnie. Nie było żadnych konkretnych informacji, ile i jakie kolory mają być, żeby cena wynosiła 35 zł. Cena ostateczna podana przez panią w punkcie wzięła się chyba z kapelusza, bo nie rozumiem, na jakiej podstawie. Przedziwna sytuacja – jest cennik i powinien obowiązywać. Przecież na przykład fryzjer nie rzuca ceny w zależności od długości włosów klienta – jest cena za strzyżenie i nie istotne jest, jakie długie klient ma włosy. Czy wsiadając do taksówki dowiadujemy się, że dla chudego cena za kilometr wynosi 2zł, a dla grubego 5zł?
Categories: Archiwum Tags:
Perypetie szkolne
Więcej zajęć ostatnio i brakuje czasu na pisanie notek na bloga, a trochę się działo w ostatnich dniach.
Święta spędziliśmy wspólnie z B., choć O. trochę bardziej przy lekcjach, bo zawaliła kilka przedmiotów. Przed Świętami padło pytanie – Przeczytałaś „Syzyfowe prace?”. Odpowiedź była wiadoma – nie. A omawiacie na lekcjach? – Noooo, chyba taaaak. A minął tydzieńod kiedy otrzymałem podobną odpowiedź od O. na temat tej lektury. A. się lekko wkurzyła i pogoniła O. do czytania, a mnie poprosiła, żebym przeszedł się następnego dnia do szkoły i porozmawiał z wychowawczynią. No i dowiedziałem się o jakichś jedynkach, o tym, że „Syzyfowe prace” omawiają i są po sprawdzianie z treści, że klasówka z chemii poszła nie za bardzo i spisałem sobie oceny ze wszystkich przedmiotów. Wywiadówka była tydzień wcześniej i O. nie dała karteczki z ocenami – chciała ukryć kilka złych ocen. No i w efekcie dostała szlaban na komputer i treningi na tydzień, telewizja ograniczona do 1 wartościowego filmu i nakaz przeczytania następnej lektury oraz poprawienia kiepskich ocen. Następną lekturę, czyli „Stowarzyszenie umarłych poetów” O. przeczytała w 2 dni, siedziała jak mróweczka przy lekcjach i o dziwo po 2 dniach była całkiem zadowolona z takiego trybu życia. Oceny poprawia, zresztą jest dobrą uczennicą i przynosi głównie 5 i 6, więc bardzo się nie martwiliśmy, ale wyszło na to, że był to dobry moment na szybką i zdecydowaną reakcję.
Teraz O. jest na 3-miesięcznym zgrupowaniu w sąsiednim klubie i na pewno będzie trzeba nieco przeorganizować życie, a i lekcji trzeba będzie bardziej pilnować.
B. po prawie miesiącu wrócił wczoraj do szkoły. Nie chodził do niej w gipsie, bo zbyt łatwo mógłby sobie zrobić krzywdę przy tych biegających i nie zwracających na nikogo dzieciakach. W piątek zdjęli mu gips i powoli dochodzi do sprawności. Na szczęście odrabiał lekcje regularnie i nie ma zbyt wielkich zaległości. Zresztą w II klasie podstawówki te zaległości wielkie nie mogą być.
Oczywiście przy okazji kary dla O. mieliśmy niewielki problem rodzicielski, bo ja utrzymywałem, że trzeba być konsekwentnym i skoro ma szlaban na treningi, to nie powinna na nie jeździć, a A. trochę 2 dni później zaczęła mięknąć, ale w sumie wyszło na moje i chyba dobrze. Czasem wydaje mi się, że jestem dla O. zbyt surowy, co zarzuca mi A., ale ja nie odbieram tego w kategoriach surowości, lecz konsekwencji. Skoro się coś ustala, to należy się tego trzymać.
Przy okazji zmieniłem trochę zdanie o wychowawczyni O., która w rozmowie w cztery oczy zupełnie pozytywne wrażenie na mnie zrobiła. Dzieciakom się wydaje, że ona niewiele wie, co się u nich dzieje, a to jest bardzo mylne przeczucie.
Foto:cheryl lee
Categories: Archiwum Tags: