Dać prawo do błędów?

Znowu minęło trochę czasu od ostatniego wpisu. O. już od tygodnia na zgrupowaniu, więc ma niewiele czasu wolnego, bo szkoła, trening, lekcje. Trochę zamieszania się wkrada w życie, ale jeszcze do opanowania. W tym wszystkim ciężko namówić ją do w miarę systematycznego i wcześniejszego robienia zadań do szkoły. Ostatnio (właściwie na dziś) miała przygotować referat. Miesiąc temu uzgodniliśmy, że przygotuje plakat, który jej pomogę stworzyć na papierze A0 do wydruku. Po tygodniu zapytałem o postępy w przygotowywaniu materiałów (zdjęć, tekstu) do plakatu – jeszcze nie było. Po kolejnym tygodniu ponowiłem pytanie – nadal nic. W sobotę poszła do dziadków zeskanować zdjęcia. OK – myślę sobie – w niedzielę będą gotowe materiały, to poskładamy je w plakat i w poniedziałek się da do druku. Niedziela minęła bez zająknięcia się o plakacie. O. wzięła się za przygotowywanie zdjęć i części tekstów w poniedziałek. We wtorek dała mi „gotowe” materiały. Niestety na skanach litery były za małe, żeby je umieścić na plakacie (wspominałem o tym wcześniej), więc prosiłem, żeby teksty przepisała. Z trudem mi się udało ją do tego namówić. Na środę plakat był gotowy. Poszła go zanieść do „poligrafii” i tam niespodzianka – ponieważ plakat miał czarne tło i dużo zdjęć, to cena była 3 razy większa od początkowej (o tym za chwilę). W drugim punkcie już tylko 2 razy więcej, ale za to byłoby gotowe za 3 dni. No i się sprawa rypła, bo czasu nie było ani na zmianę projektu graficznego ani na czekanie. Poszła do szkoły bez plakatu – referat zilustruje zdjęciami z książki.

No i po tym przydługim wstępie nastąpi komentarz :)

Ja się osobiście przejmuję takimi nieterminowymi pracami, ale A. stwierdziła, że należy pozwolić O. na popełnienie błędu i poniesienie konsekwencji zostawiania wszystkiego na ostatnią chwilę. Logiczne jest, że gdyby sytuacja z poligrafią wynikła w poniedziałek, kiedy zgodnie z planem miał być plakat gotowy, to czasu mielibyśmy dość na zmiany.

Jak daleko ingerować w sprawy nastolatki, jak mocno naciskać, żeby coś zrobiła? Zwłaszcza że to jej powinno zależeć na skończeniu wcześniejszym i otrzymaniu dobrej oceny. A. stwierdza, że jedno-dwa przypomnienia powinny wystarczyć i dalej nie należy się zbytnio przejmować. Niech O. się sama nauczy pracy i jej planowania. Może i racja.

A teraz w sprawie ceny wydruku plakatu. Poszedłem do jednego z punktów i zadałem proste (tak mi się wydawało) pytanie – ile kosztuje wydruk na formacie A0 i w jakim pliku należy go przygotować. Odpowiedź – 35 zł i plik CorelDraw z tekstem zamienionym na krzywe. Słowem się pani nie zająknęła o warunkach dodatkowych – że jak będzie dużo (co znaczy dużo?) czarnego, to cena rośnie. Nie było żadnych konkretnych informacji, ile i jakie kolory mają być, żeby cena wynosiła 35 zł. Cena ostateczna podana przez panią w punkcie wzięła się chyba z kapelusza, bo nie rozumiem, na jakiej podstawie. Przedziwna sytuacja – jest cennik i powinien obowiązywać. Przecież na przykład fryzjer nie rzuca ceny w zależności od długości włosów klienta – jest cena za strzyżenie i nie istotne jest, jakie długie klient ma włosy. Czy wsiadając do taksówki dowiadujemy się, że dla chudego cena za kilometr wynosi 2zł, a dla grubego 5zł?