Wybory

Ostatnio odbywały się u mnie na uczelni wybory do władz wszelakich. Tym razem zależało mi na wejściu do Rady Wydziału i po niewielkiej kampanii wybory w swojej grupie wygrałem. Z dużym zaskoczeniem za to przyjęto wejście do Rady mojego kolegi z Instytutu. Bez kampanii, bez „układów”, kandydatura z sali i wszedł. Cieszy mnie to, bo przynajmniej będziemy mieli większą reprezentację niż dotychczas.

Drugie wybory były do Senatu. Nie mieliśmy naszego kandydata i jakoś tak wyszło, że zgłoszono mnie z sali i wygrałem z kandydatem forsowanym przez  „zaprzyjaźniony” instytut. Oni są tak podzieleni, że najwidoczniej część wolała na mnie głosować niż na „swojego” człowieka. No i tym sposobem znalazłem się już w drugim ciele uczelnianym.

Do tego dochodzi Uczelniana Komisja Rekrutacyjna, w której siedzę od paru lat. I tym sposobem wpadłem w wir tak zwanej pracy organizacyjnej, której zwieńczeniem niejako jest propozycja zostania zastępcą dyrektora instytutu. No to się wpakowałem, bo nie wypadało odmówić. A habilitacja czeka.

Na domiar złego okazało się, że od tego roku doktorzy będą prowadzili u nas magistrantów i już widzę te godziny spędzane na czytaniu prac studenckich.

Wielkimi krokami zbliżają się za to wakacje i chyba większość w domu się z nich cieszy. Może nie A., bo wakacje będzie spędzać głównie w pracy, ale dzieciaki chyba nie mogą  się doczekać. Ja zresztą również. B. dostał ostatnio od dziadków rower i wybraliśmy się już 2 razy na wycieczki razem z A. Trochę jeszcze nie ma kondycji i dodatkowo ciągle jeździ rwanym tempem, ale się pewnie nauczy. O. za to wiecznie na treningach, jutro zawody. Ogólnie przemęczona.